Dziś będzie o sytuacji z życia wziętej. Bez fajerwerków, bez „scenariusza filmowego”, za to bardzo prawdziwej i – niestety – dość typowej.
Krótko opowiem o pewnym/pewnej kliencie/klientce.
Na początku wszystko wyglądało… zwyczajnie 
Nasza współpraca przebiegała regularnie.
Czasem zamówienia były składane podczas wizyty, innym razem telefonicznie – klasyka.
Od samego początku:
towar był brany na przedłużony termin płatności,
wpłaty spływały nieregularnie – raz większe, raz mniejsze,
tak naprawdę ani razu nie zdarzyło się, żeby całość zadłużenia została spłacona do zera.
Mimo to – współpraca trwała.
„Pomożemy dziś Tobie, jutro pomożesz Ty nam” – tak to miało działać 
Było kilka sytuacji, kiedy ten/ta konkretny/a klient/ka potrzebował/a w bardzo dobrej cenie kupić u nas cienką kiełbasę na grilla czy ognisko – na różne festyny i wydarzenia.
Za każdym razem:
udawało się zorganizować porządny, jakościowy produkt,
w naprawdę świetnej cenie,
w dość sporych ilościach,
co z naszej strony finansowo kompletnie się nie zazębiało.
Robiliśmy to świadomie – traktując jako:
inwestycję w przyszłość,
przejaw partnerstwa w biznesie,
działanie w duchu:
„My pomożemy dziś Tobie, to następnym razem może Ty pomożesz nam.”
No i co?
„Yhy!!! Jasne.”
Nic bardziej mylnego.
Szczerze? Patrząc na nasze doświadczenie po tylu latach w branży, chyba nikt specjalnie nie powinien się łudzić, że to zadziała „jak w podręczniku”.
Finał historii – klasyk, który nie powinien być standardem 
Jak potoczyła się dalej współpraca z tym/tą klientem/klientką?
Skoro w ogóle o tym piszemy, to łatwo się domyślić, że nie skończyło się to happy endem.
Kontakt urwał się nagle, jakieś 3,5 miesiąca temu.
Klient/ka zadzwonił/a tylko raz – przy okazji, z pytaniem, czy możemy dowieźć dwa produkty,
oczywiście grubo poniżej minimum logistycznego opłacalności dostawy.
Dowieźliśmy.
I… to był koniec.
Dalej:
brak odbierania telefonów,
brak odpowiedzi na wiadomości,
absolutne ZERO kontaktu.
Zaległe faktury zostały wprawdzie spłacone, ale dopiero po wysłaniu kilku SMS-ów – wciąż utrzymanych w grzecznym tonie.
ZATRZYMAJMY SIĘ NA CHWILĘ
TO NIE JEST „DONOS” NA KLIENTÓW
To bardzo ważny moment w tej historii, więc powiedzmy to MOCNO I WYRAŹNIE:
Nie piszemy tego po to, żeby „donosić” na kogokolwiek, oczerniać konkretne sklepy czy robić komukolwiek czarny PR.
Ta historia nie powstaje po to, żeby:
„wyżyć się” na kliencie,
„powiesić na kimś psy”,
czy szukać taniej sensacji.
Cel jest zupełnie inny.
Chcemy na konkretnym, prawdziwym przykładzie pokazać coś bardzo ważnego:
W takich sytuacjach najbardziej tracą nie dostawcy, tylko WY – właściciele sklepów.
To Wasza pozycja na rynku się osłabia.
To Wasza wiarygodność w oczach dostawców spada.
To Wam zamykają się furtki do lepszych warunków, ciekawszych akcji, dodatkowego wsparcia.
My – jako dostawcy, hurtownie, przedstawiciele – zawsze znajdziemy innych klientów, inne sklepy, inne kierunki sprzedaży.
Wy – jako właściciele sklepów – nie zawsze tak łatwo znajdziecie nowych dostawców, którzy będą chcieli wejść z Wami w partnerską relację.
Ta historia jest po to, żeby dać do myślenia, a nie po to, żeby kogokolwiek „utopić”.
I teraz kluczowe pytanie: dokąd to prowadzi? 
Zatrzymajmy się na chwilę i zadajmy kilka prostych pytań:
Do czego – według Was – doprowadza takie zachowanie?
Czy dzięki temu budujesz relacje z dostawcami?
Czy takim podejściem budujesz swoją pozycję na rynku?
Czy w oczach dostawców jesteś klientem/klientką, dla którego/której warto robić coś ponad normę?
Odpowiedzi każdy może udzielić sobie sam.
„Gówniarskie” i nieprofesjonalne zachowanie, które wraca jak bumerang 
Znam wielu przedstawicieli handlowych.
I uwierzcie mi – chociaż mało kto powie to głośno, to w praktyce wygląda to tak:
„Taki klient sam sobie ogranicza handel swoim gówniarskim i skrajnie nieprofesjonalnym zachowaniem.”
Myślisz, że takie rzeczy „nie wychodzą dalej”?
Że nikt o tym nie wie?
Otóż… bardzo byś się zdziwił.
Rynek ma świetną pamięć. A przedstawiciele rozmawiają ze sobą 

Takie historie rozchodzą się szybciej, niż Ci się wydaje:
inni dostawcy szybko dowiadują się, jak traktujesz partnerów,
kolejni przedstawiciele, którzy odwiedzają tego klienta, mają już pełny obraz sytuacji,
decyzje o tym, na ile warto się angażować, zapadają często zanim przekroczą próg sklepu.
I nie, to nie wynika z:
donoszenia na klientów,
„obgadywania” za plecami,
tanich sensacji.
To wynika z czegoś zupełnie innego:
„My ze sobą rozmawiamy – nawet konkurencja. Badamy rynek, radzimy sobie, pomagamy.”
Dostawcy, przedstawiciele, hurtownie – wymieniają się informacjami, bo wszyscy chcą pracować z partnerami, a nie z ludźmi, którzy znikają po tym, jak dostaną, czego potrzebowali.
A Ty? Jak traktujesz swoich dostawców? 
Na koniec zostawię jedno pytanie:
A Wy też tak postępujecie?
Jeżeli widzisz w tej historii choć kawałek siebie – to jeszcze nie jest dramat.
Dramatem byłoby nic z tym nie zrobić.





