Historia o tym, jak można „przegrać” mając potencjał – i czego możesz się z niej nauczyć 

Tak, czas się przyznać.
Ja też miałem kiedyś swój sklep spożywczy.
I teraz pewnie wielu z Was będzie się zastanawiało, co tu jest grane:
„Gość sam zamknął swój sklep, a chce nas uczyć, jak mamy je prowadzić?”
Jeśli masz taką myśl – zostań ze mną do końca.
To, co za chwilę przeczytasz, może dać Ci do myślenia dużo bardziej, niż teraz sobie wyobrażasz.
Na samym początku zaznaczę jedno:
„Otwarcie sklepu było dla mnie zaj… ciekawym pomysłem – ale też jednym z moich większych błędów.”
Na co dzień zajmowałem się handlem hurtowym. Sklep miał być dla mnie po prostu formą dorobienia sobie.
Lokal, dziewczyny, towar – wydawało się, że wszystko „zagra” 
Lokal wynająłem od jednej pani.
Duża gmina, spora miejscowość, kilka tysięcy mieszkańców, ruch przyzwoity, potencjał naprawdę dobry.
Zorganizowałem dwie panie, które:
-
dbały o podstawowe wyposażenie sklepu,
-
ogarniały zamówienia,
-
stały za ladą,
-
pilnowały bieżącej obsługi.
Na tamte czasy – naprawdę sensowny sklep.
Z zewnątrz wyglądało to całkiem dobrze.
A jednak coś nie poszło.
Po dwóch latach podjąłem decyzję o zamknięciu.
Długo nie rozumiałem, co właściwie poszło nie tak.
Dopiero po czasie dotarło do mnie coś bardzo ważnego:
„Sklep to nie perpetuum mobile. On sam nie będzie na siebie zarabiał.”
Czego mi brakowało? DWÓCH najważniejszych rzeczy 
Patrząc na to dziś, widzę to bardzo jasno:
„Nie miałem dwóch najważniejszych rzeczy: wiedzy i promocji (czyli tego, co przyciąga klientów jak światło ćmy).”
Mój „model zarządzania” wyglądał tak:
-
wyznaczyłem panią, która
-
składała zamówienia,
-
płaciła faktury,
-
przekazywała mi kasę na koniec,
-
-
a ja… dalej robiłem swoje w hurcie, zakładając, że „sklep jakoś tam się kręci”.
Jak to brzmi?
„Słabo, prawda? Żałośnie, prawda?”
A jednak tak właśnie było.
Miałem jedną bardzo ważną wskazówkę… której nie wykorzystałem 
Co ciekawe – na starcie miałem jedną niesłychanie ważną i konkretną wskazówkę, którą dostałem od osoby z naprawdę dużym doświadczeniem.
I jej nie wykorzystałem.
Cofnijmy się na sam początek.
Otwarcie sklepu.
Jeśli dobrze pamiętam, był to listopad – jeden z najgorszych miesięcy w handlu spożywczym (każdy z Was o tym wie).
Z racji tego, że zawodowo specjalizuję się w wędlinach i mięsie surowym, wpadłem na pomysł:
zrobię na otwarcie promocję mięsną.
Dogadałem się z moim dostawcą na naprawdę świetną cenę na dwa asortymenty:
-
ćwiartka z kurczaka,
-
karkówka.
Pamiętam jak dziś, jak zaczęliśmy ustalać ilości.
„Weź więcej” – rozmowa, której długo nie rozumiałem 
Ja:
– Tomek, to robimy 45 kg (3 skrzynki) ćwiartki i 20 kg karkówki.
Tomek (mój dostawca):
– Paweł, Ty sobie żartujesz? To nie są żadne ilości, to się skończy w moment. Jak już robisz promocję, weź więcej.
Ja – klasycznie, z lekkim niedowierzaniem:
– Stary, przecież to luty, jeszcze marznąć będziemy z tym mięsem w ladzie…
On – spokojnie, ale stanowczo:
– Zaufaj mi. Jak ta promocja okaże się niewypałem, ja zwrócę Ci poniesione koszty.
Finalnie dałem się przekonać.
„No dobra, ryzykujemy – zamówiłem 150 kg ćwiartki i 100 kg karkówki.”
W głowie miałem jedną myśl:
„To nie wypali.”
Efekt? O 11:00 zaczęły się telefony… 
Dzień otwarcia.
Luty. Zimno.
Teoretycznie „martwy okres” w handlu.
Około 11:00 dzwonią dziewczyny ze sklepu:
– Szefie, powoli kończy się towar.
Ludzie biorą i biorą, zaraz nie będziemy mieli co kłaść do lady!
Tomek (złoty chłopak – do dziś dobrze wspominam ) nie zawiódł.
Przywiózł dodatkowy towar.
I teraz najlepsze:
„Do mniej więcej 15:00 sprzedaliśmy, z tego co pamiętam, około 350 kg ćwiartki i około 300 kg karkówki!”
Ja byłem w kompletnym szoku.
Stałem w tym sklepie i nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę.
Wtedy wydawało mi się, że:
„Ten sklep to był strzał w dziesiątkę.”
A potem… przestałem dbać o klienta 
I teraz najważniejsze zdanie z całej tej historii:
Nigdy potem nie zadbałem o klienta tak, jak na początku.
Nie powtórzyłem tego typu akcji.
Nie rozwijałem pomysłu na promocje.
Nie budowałem żadnej sensownej komunikacji.
Za to:
-
marże na niektóre produkty miałem tak wysokie, że dziś sam się sobie dziwię,
-
skupiłem się na tym, żeby „było z czego żyć”,
-
nie kontrolowałem sklepu tak, jak powinienem.
Finał?
Nikogo nie zaskoczy.
-
coraz mniejsze obroty,
-
coraz mniejsze zakupy,
-
coraz słabsza oferta,
-
coraz mniej klientów.
„Dokładnie taki sam scenariusz, jaki na Akademii często opisuję u innych – tylko wtedy dotyczył… mnie samego.”
W końcu pojawiła się informacja o wyprzedaży towaru
i likwidacji sklepu.
Co mnie zgubiło? Błędy i brak wniosków 
Dzisiaj mogę to podsumować jednym zdaniem:
Błędy, błędy i brak wyciągania wniosków – to mnie zgubiło.
– Prowadziłem sklep „z doskoku”.
– Nie traktowałem go jak pełnoprawnego biznesu, tylko jak „dorobek”.
– Nie miałem wiedzy o prowadzeniu sklepu detalicznego.
– Nie dbałem o promocję i relacje z klientami.
Dlaczego o tym piszę?
Bo dokładnie tych samych błędów nie chcę dla Was.
Jeżeli ta historia:
-
brzmi dla Ciebie znajomo,
-
widzisz w niej choć kawałek siebie,
to potraktuj ją jako ostrzeżenie z pierwszej ręki, nie „mądrzenie się z boku”.
„Ja też miałem swój sklep spożywczy – i go zamknąłem.
Dziś robię wszystko, żeby Ty nie musiał powtarzać tej historii.”




